01.12.2009

Obudziłem się w trakcie operacji

To jest wpis pisany na zamówienie, to jest wpis który próbuję już napisać po raz drugi i mam nadzieję, że tym razem mi się uda. To jest wpis, który jednak chcę napisać.

Chcę go napisać z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze nic ciekawego się u mnie nie dzieje, więc chociaż sobie powspominam. Po drugie jakiś czas temu czytałem na (chyba) Onecie artykuł w którym lekarze twierdzili, że w czasie operacji nie można się obudzić. No więc niech moja relacja będzie dowodem na to, że jednak można.

W dodatku można obudzić się dwa razy na dwóch różnych operacjach. (Może gdzieś dają za to jakąś nagrodę?)

Pierwszy raz obudziłem się czternaście i pół roku temu.

Dokładnie 2 czerwca 1995 roku, gdzieś w godzinach przedpołudniowych, zdecydowanie przed zaplanowanym przez lekarzy końcem operacji. Jeśli dobrze pamiętam powinien to był być piątek, bo dzień wcześniej był czwartek, dzień dziecka, jeździłem jako pasażer mini kolejki wynajętej dla będących wtedy w szpitalu dzieci, zrobiłem na sali gimnastycznej mój pierwszy w życiu przewrót w powietrzu (to znaczy taki zupełnie w powietrzu: odbijamy się nogami, robimy fikołek bez podparcia się rękoma i lądujemy znów na nogach) i po chwilowej radości, że w końcu mi się udało przyszła świadomość, że zapewne nigdy już więcej tego nie powtórzę.

Tego dnia wykonałem więc jeszcze kilkadziesiąt takich przewrotów, cały czas pamiętając, że od jutra mój kręgosłup nie będzie się tak zginał jak zgina się jeszcze dziś.

Przygotowań do operacji opisywał nie będę, bo każdy kto ją miał wie jak jest. Myju, myju, zastrzyk głupiego jasia, jazda na salę operacyjną, maska tlenowa na twarz, lekarz anestozjolog prosi abyś policzył od dziesięciu do zera i gdzieś między tymi liczbami odlatujesz. Następne co pamiętasz to pobudka. W zdecydowanej większości wypadków jest tylko jedna pobudka.

Wiecie jak to jest zaliczyć zgona na imprezie? Nieprawda, nie wiecie. Nikt nie wie, bo jedyne co z tego się pamięta to poranne przebudzenie. Nie wiesz gdzie jesteś, zanim otworzysz oczy starasz się zrozumieć co to są za głosy nad Tobą i powoli wszystko sobie przypominasz. Co do samego zaliczenia zgona jedynie konkludujesz w ułamku sekundy, że taki fakt miał miejsce i tyle. Na przemian starasz sobie przypomnieć ostatnie rzeczy jakie robiłeś i wsłuchujesz się w jakieś głosy koło ciebie. Dziewczyny rozmawiają o ostatnim kolokwium, ktoś z tyłu pyta czy ktoś jeszcze chce herbate, ktoś inny pyta czy ktoś nie widział jego lewego buta. Wolisz jeszcze oczu nie otwierać, ból głowy jest niemiłosierny.

Podobnie wygląda pobudka po każdej operacji. Nie wiesz gdzie jesteś, nie wiesz co się stało, ale ułamek sekundy później przypominasz sobie że ostatnie co pamiętasz to jak cię usypiali, w kolejny ułamek sekundy później lekarz mówi ci, że właśnie miałeś operacje i że wszystko jest w porządku i żebyś się obudził. I tyle. Zamiast piekielnego bólu głowy odczuwasz ból jakiego nie da się opisać w miejscu mniej więcej gdzie cię kroili.

Ze mną było prawie identycznie. Obudziły mnie rozmowy jakichś ludzi (właściwie to obudził mnie huk jakiegoś dziwnego stukania), przez chwilę nie otwierając oczu nie mogłem skapować gdzie jestem i dlaczego właśnie spałem, zupełnie jak po zaliczonym zgonie (tyle, że wtedy jako dziecko oczywiście jeszcze nie wiedziałem jak to jest spić się tak, że nie pamięta się co się piło i dlaczego tak dużo i jak dużo i dlaczego do cholery budzę się w damskim swetrze, na który jeszcze mam nałożoną moją koszulkę). Jednak tak samo jak po zaliczonym zgonie w chwilę później zacząłem sobie wszystko przypominać. Maska tlenowa, dziesięć, dziewięć, osiem, siedem,… power off. Kurcze, naprawdę nie udało mi się doliczyć do końca?

OK. Zatem pamiętam, że mnie usypiali, że miałem operację, w między czasie słucham bezwiednie głosów dookoła, jeszcze nie otworzyłem oczu, czuję że leżę raczej twarzą w dół niż twarzą do góry, w głowie krąży mi pewnie jeszcze mnóstwo prochów którymi mnie nawalili, bo gdyby nagle ktoś krzyknął, że Konrad masz się w dwie sekundy zerwać na równe nogi! od tego zależy twoje życie! dostaniesz miliard złotych jeśli to zrobisz! – olałbym to kompletnie. Ja tu sobie jeszcze trochę poleżę. Nigdzie się nie spieszy. Są jakieś głosy, jest ciemno bo mam zakmnięte oczy, coś stuka jak cholera, taki metaliczny dźwięk, ale mam to wszystko kompletnie gdzieś. Jestem kwiatem lotosu po środka oceanu spokoju. I nagle:

Kurwa mać! Operacja jeszcze trwa! Te głosy to lekarze, dopiero teraz słysze poza stukaniem ciche “pik, pik” takiej maszyny do pokazywania pulsu! Wsłuchuję się w głosy lekarzy: dużo nie mówią. Raz na kilka sekund jednowyrazowo wydają polecenia. Proszą o jakieś instrumenty, proszą o jakąś czynność.

I te durne stukanie. Przy każdym uderzeniu kołysze się całe moje ciało, czuję to w moim błędniku. Nie czuję zupełnie żadnego bólu, prawdę mówiąc nie czuję w ogóle mojego ciała. Jest tylko mój mózg ułożony w przestrzeni płatem czołowym w kierunku podłogi i przyklejone do niego uszy. Uczy słyszą pikanie, glosy lekarzy i metaliczne stukanie. Podczas każdego stuknięcia mój mózg chwieje się nieco na boki. Stukanie jakby młotkiem w metalowe dłuto. Metal o metal.

Już rozumiem co się dzieje i nie podoba mi się. To znaczy chyba rozumiem, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy. Stukanie na sto procent ma ścisły związek ze stojącymi zapewne nade mną lekarzami i na pewno ostatnim uderzanym elementem w tej metalowej koładce jest mój zakrwawiony kręgosłup, wystający z krateru rozcięcia biegnącego przez całą długość pleców. Lekarz uderza młotkiem w oparte na moim kręgosłupie dłuto, a ja przy każdym takim uderzeniu cały się chwieję. Kurwa, nic nie czuję, ale sama świadomość sprawia, że przechodzą mi ciarki po plecach. Oczywiście ciarki przechodzą w przenośni, bo choć to niewiarygodne, naprawdę nie czuję nic poza kołysaniem. Świadomość jest jednak cholernie nieprzyjemna. Coś mniej więcej jak wtedy, kiedy siedzisz na fotelu dentystycznym w znieczuleniu miejscowym, a lekarz stomatolog mówi ci, że właśnie rozwierca kanał nerwowy twojego zęba. Nie czujesz nic, ale ta myśl o rozszarpywanym właśnie włóknie nerwu…

Muszę więc dać jakoś znać lekarzom, że ja się właśnie obudziłem. To znaczy nie wiem czy musze, ale chyba tak. Bo to przecież chyba nienormalne.

Próba otworzenia oczu kończy się zupełnym fiaskiem. Wygląda na to, że nie mam żadnej kontroli nad powiekami.

Poruszę więc palcem u ręki. Okazuje się że jednak nie jestem samym mózgiem. Gdy zaczynam myśleć o ręce, o palcu zaczynam być świadomy, że gdzieś ona jest i gdzieś są owe jej palce. Nie wiem dokładnie gdzie, czy obok, czy pode mną, czy przysunięta od ciała czy też wyprostowana w ramieniu, wskazująca na drzwi operacyjnej sali, ale wraca świadomość jej istnienia. Trzeba więc poruszyć choć jednym palcem i zacząć nim kiwać tak długo, aż ktoś to zauważy (ale co wtedy?).

…i to jest mniej więcej tak. Wybierz jakiś przedmiot znajdujący się obok ciebie. Myszkę komputerową, długopis, popielniczkę. Spójrz na ten przedmiot i przesuń go wzrokiem. Śmiało, naprawdę spróbuj to zrobić.

Nie udało się? Oczywiście, że się nie udało, ale właśnie poczułeś dokładnie to samo, co wtedy poczuł mój mózg. Byłeś świadomy, że popielniczka jest obok ciebie, spróbowałeś przesunąć ją wzrokiem i poczułeś z tego powodu irytację. Ja poczułem dokładnie to samo, jeśli chodzi o mój palec u ręki.

(Podejrzewam, że tak samo czuł się ów człowiek, który obudził się niedawno po 24-letniej śpiączce, mówił, że słyszał glosy lekarzy, próbowal im dać znać, że jest świadomy wszystkiego co go otacza, krzyczał wewnątrz siebie z całej siły płuc. Ciarki mi przechodzą po plecach, bo chyba wiem jak się czuł. Z tym że ja czułem to tylko przez kilka minut, on natomiast przez kilka tysięcy dni)

Nie mogę więc dać lekarzom znać, że się obudziłem, nie potrafię otworzyć oczu, nie mogę poruszyć palcem, a z głosów lekarzy wynika, że operacja wcale nie dobiega do końca. Jestem więc zupełnie bezradny i jedno co mogę robić to… nic nie robić. Szczęście, że nic nie czuję.

Będą jaja, jak się w końcu obudzę – w sensie, obudzę tak jak każdy pacjent obudzić się powinien – i opowiem innym dzieciakom o swoim przeżyciu. Nikt mi kurka pieczona nie uwierzy.

Właśnie: nikt mi nie uwierzy. Muszę mieć jakiś dowód na to, że się obudziłem i od razu przychodzi mi do głowy dowód oczywisty. Czuję bujanie, słyszę metaliczne stuki w czasie każdego bujnięcia i słyszę rozmowę lekarzy. Trzeba zapamiętać fragment takiej rozmowy. Używają bardzo trudnych słów, więc zapamiętam choć jedno.

OK, mam. To na pewno nazwa jakiegoś przyrządu. Lekarz kogoś o niego poprosił. Nazwa jest skomplikowana, więc muszę ją dobrze zapamiętać. Z niczym mi się nie kojarzy więc będę ją sobie po prostu powtarzać w głowie, a na pewno mi zostanie.

Powtarzam nazwę. Powtarzam nazwę. Powtarzam nazwę. Powtarzam nazwę.

I nagle nie wiem o co chodzi, ale ktoś drze się jak dowódca oddziału w czasie bombardowania bazy. Tyle, że nie krzyczy rozkazu do ewakuacji, a zamiast tego wywrzaskuje moje imie i każe mi poruszyć palcami u nóg. Próbuję nimi poruszyć, ale jest to tak jakbym przesuwał popielniczkę siłą woli, jednak po chwili się udaje. Czuję to, a bombardowany dowódca się uspokaja. Po chwili wrzeszczy, że zaraz zrobią mi zdjęcie rentgenowskie; czuję jak ludzie podnoszą mnie za kończyny, wrzeszczę z bólu (Tak mi się przynajmniej wydaje, że wrzeszczę, bo raczej był to byle jaki charkot z rozepchanego przez tracheotomiczną rurkę gardła), ląduję na plecach, słyszę jak wszyscy wychodzą i zostaję zupełnie sam.

Zatem dałem się nabrać kolejny raz na numer z odliczaniem i w dodatku nabrałem siebie sam. Powtarzając nazwę uśpiłem się po raz kolejny. Kolejna mantra, ale (cholera!) nie pamiętam co to było za słowo… No fak.

No nic. Zaraz, chyba mi właśnie robią zdjęcie rentgenowskie, skoro wszyscy sobie poszli i słyszę nad sobą charakterystyczny szczęk aparatu do prześwietleń? Chyba powinienem więc wstrzymać na chwilę oddech, by zdjęcie nie było poruszone? Wstrzymuję odde…

Budzę się na oddziale. Za jakiś czas opowiem wszystkim o tym, że się obudziłem w czasie operacji. Dzieciaki będą mnie słuchać z fascynacją, lekarze nie powiedzą nic na ten temat. Za czternaście lat przed kolejną operacją w rozmowie z anestozjologiem zażartuję, że tym razem proszę o mocniejsze uśpienie, bo poprzednim razem się obudziłem. Anestozjolog nie odpowie nic na ten temat, a mnie po raz kolejny obudzi w czasie operacji odgłos metalicznnego stukania. Tym razem jednak będę wiedział już nieco więcej, nie będę próbował niczym ruszyć, będę sobie tak leżał totalnie nawalony tymi wszystkimi prochami i czekał aż znów zasnę.

I tak leżąc po raz kolejny będę lekko przysypiał i budził się znów i znów przyspiał i w końcu zaskoczy mnie uczucie mrowienia w palcach, co będzie znaczyło, że ja jednak zaczynam czuć moje ciało, ale zanim wpadnę w panikę usłyszę kobiecy głos mówiący abym się obudził, poczuję poklepywanie po policzkach, mówiący że właśnie miałem operację i żebym się obudził, i żebym poruszył palcami u nóg. Poruszę tymi cholernymi palcami, ale choć będę chciał powiedzieć, że nie śpię już od jakiegoś czasu, to nie będę dał rady tego zrobić. I potem znów zasnę i obudzę się na oddziale.

I tak w kółko. Mam nadzieję, że nie będę miał już nigdy więcej operacji.

03.10.2009

GoldenLine wpływa na moje życie

Tekst nie jest w żaden sposób sponsorowany, choć będę się w nim pewnie rozpływał w komplementach nad stroną GoldenLine.pl. Po prostu już od dłuższego czasu chodziły mi po głowie przemyślenia, którymi chcę się z Wami podzielić.

Jest jedna strona internetowa, która znacząco wpłynęła na moje życie (i jak się można domyśleć po tytule, jest to strona GL). Nawet bardzo znacząco. Z wszystkich portali społecznościowych tylko tam faktycznie widzę, że korzystanie z jego usług ma dla mnie jakieś znaczenie także w realnym świecie. Nasza-Klasa to serwis gdzie pokazujesz swoim znajomym zdjęcia z wydarzeń, które już się zdarzyły i przeważnie na tym się kończy. Na Wykop wchodzisz po to aby bezproduktywnie zabić wolny czas. Na GoldenLine zarejestrowałem się lata temu za namową mojego kolegi Adasia. Ot, Adaś (tak naprawdę Adam, ale od  lat mówimy na niego zdrobniale, choć jest ode mnie o co najmniej głowę i szyję wyższy ;) )  był wtedy nauczycielem i ja  byłem nauczycielem. GoldenLine miało być miejscem, gdzie łatwo znaleźć pracę czy kontakty zawodowe, więc obaj mieliśmy nadzieję, że do czegoś nam się przyda: akurat  ofert pracy dla nauczycieli wiele nie ma, więc każde dodatkowe miejsce do szukania takowych powinno być dobre.

I potem powoli się zaczęło.

#1

Już po kilku tygodniach szwędania się po tym serwisie (co ciekawe na GoldenLine wcale nie trzeba często zaglądać;  szczerze to na pierwszy rzut oka nie  ma tam nic zachęcającego do częstych wizyt) trafiłem na ogłoszenie, że jedna z białostockich organizacji szuka wolontariuszy. Zgłosiłem się i tak wszystko się zaczęło ;)

#2

Kolejny moment kiedy przydał się GL to wyjazd do Afryki. Paweł, szef białostockiego wolontariatu miał wznajomych na GL dziewczyny z CWR, skontaktowałem się z nimi za pośrednictwem GL, pomęczyłem i zgodziły się mnei wysłać.

Także za pośrednictwem GL znalazłem sponsorów wyjazdu. Zamieściłem tam ogłoszenia, że jadę do Rwandy i potrzebuję pożyczyć od kogoś laptopa i aparat fotograficzny. Nie wierzyłem że się uda, a tymczasem zgłosiło się kilka firm, z których wybrałem IMPAQ (byli najszybsi).

#3

Także w moich działaniach wordpressowych GoldenLine miał spory udział. To na forum dotyczącym blogów udzielałem się odpowiadając na wordpressowe pytania, to tam pojawił się pomysł na WP Sprzedawcę, to tam informowałem o innych moich  pluginach.

W efekcie nieskromnie powiem, że zdobyłem jako taką renomę jako wp-hacker co już przełożyło się na korzyści zawodowe.

Zgłosiło się do mnie kilka osób z pytaniem  czy nie  pomógłbym przy tworzeniu stron z użyciem wordpressa. Jako, że postanowiłem sobie nie być za bardzo tani większość po napisaniu ile sobie liczę za dany projekt już nie odpowiedziała. Udało mi się jednak nawiązać kontakt z kilkoma  poważnymi osobami: jedna strona już jest zrobiona, dwie kolejne się robią i mam już ustawione co najmniej dwa – trzy (cztery?) kolejne zlecenia. I obietnicę stałego dopływu zleceń kolejnych od kilku osób, którym ufam, że jest to obietnica pewna.

Tu dodam, że tak Flaker w podobny sposób wpływa na moje “kontakty zawodowe”. Jednej osobie właśnie skończyłem już drugie zlecenie, inna osoba właśnie dziś zleciła mi coś nowego. (przy okazji pozdrawiam owe osoby, nie wymienione z  imienia, ale na pewno to czytają i wiedzą o kogo chodzi ;) )

#4

I wreszcie 12 października jadę do Sopotu na szkolenie wstępne przed nową pracą (szkolenie  będzie połączone z rozmową kwalifikacyjną więc nie chcę zapeszać, ale jak wiadomo jestem genialny i idealny, więc pracę tą dostanę na 100% ;) ). To także historia z GoldenLine w roli co najmniej drugoplanowej. Tu znów wspomniany na początku Adaś miał swój udział: na początku tego roku podesłał mi link do ogłoszenia na GoldenLine: praca dla szkoleniowca z podstaw obsługi komputerów, wykształcenie pedagogiczne. Jakby nie było wypisz wymaluj ja. W międzyczasie całość się nieco rozlazła czasowo, szkolenia już mają dotyczyć nieco innych rzeczy, ale jak najbardziej niedługo ruszają.

Lista powyżej jest niepełna: wymieniłem tylko te aspekty GL, które miały jakieś większe znaczenie (bo kogo by interesowało, że np jestem tam moderatorem grupy dyskusyjnej o pomocy międzynarodowej i dzięki tej grupie przynajmniej jedną osobę udało mi się wysłać już do Afryki) lub o których chciałem napisać.

***

A w tym samym czasie w innych serwisach? Na naszej klasie dodałem stu kolejnych znajomych do listy i tyle. Żadnych nowych, bo to osoby które znam od lat. W życiu nic mi to nie zmieniło. Tymczasem na GL mam na liście znajomych chyba niecałe 20 osób (nawet nie wiem), w tym tylko niewielką część znam  (bądź znałem kiedy dodawałem do listy) w realnym świecie, a serwis ten sprawił że zwiedziłem kawał świata i zarobiłem jako takie pieniądze. Na Wykopie obejrzałem milion głupich obrazków i filmików – dzięki GL zrobiłem już jedną i robię drugą stronę, na którą użytkownicy mogą wrzucać głupie obrazki i filmiki ;)

I co ciekawe wszystko to  bez większego wysiłku. Nie szperałem tam godzinami w poszukiwaniu pracy, nie reklamowałem się jako twórca stron, nie grzebałem w poszukiwaniu opcji wyjazdu do Afryki. Wszystko się potoczyło samo z siebie. Być może i bez GL zdarzyło by się wiele w moim życiu, ale tego już się nie dowiem :)

19.09.2009

I po forum

Tuż przed prezentacją. Tak to wyglądało z naszej strony

Tuż przed prezentacją. Tak to wyglądało z naszej strony

I już z powrotem w domu w Białymstoku.

Jak było na forum, za bardzo nie wiem, bo nie było czasu na zwiedzanie ;) Ciągle nas gdzieś ciągli, wywiady, prezentacje… Ale nie narzekam.

Na samym początku bardzo pozytywne wydarzenie :) Stałem sobie i oglądałem zdjęcia w holu, gdy nagle zza jednego z nich dosłownie wypadł na mnie Radek Sikorski z ministrami ze Szwecji i Hiszpanii (jeśli dobrze poznałem). Przytrzymali się na chwilę, bo cielskiem zagrodziłem im drogę, ale szybko czmychnąłem na bok.

Jestem pewien, że minister będzie podobnie jak ja jeszcze długie lata rozpamiętywał to przypadkowe spotkanie ;) (Niestety Radku muszę Cię tu przeprosić, że nie byłem na Twoim panelu, ale w tym czasie udzielałem wywiadu).

No właśnie wywiady. Ciężke jest życie Muzungu Super Star ;) Udzieliłem wywiadu (ale nie tylko ja, a także 3 inne zaproszone w charakterze eksponatów wolontariuszki) dla TVP INFO i dla Radia Warszawa. W TVP INFO się nie widziałem. Może to i dobrze, bo wypadłem naprawdę cienko. Ot takie bla bla. Ale jakby ktoś widział dajcie znać.

W Radio Warszawa tym bardziej nie słyszałem się, bo zupełnie tego radia nie znam, a do Białegostoku nie dociera. Mamy jednak obiecane, że nagranie dostaniemy na maila. Mam jednak już doświadczenie, że radiowcy lubią takie coś obiecywać, a jak przyjdzie co do czego, to nawet nie dadzą znać kiedy będzie się w radiu w ogóle.

Samą prezentację też cienko oceniam. Mogła mi pójść lepiej, poważnie.

Czytelników bloga reprezntował Oio, który do mnie podszedł po prezentacji ;) Pozdrawiam. Niestety zdjęcia jego nie mogę wrzucić, bo wyraźnie zaznaczył, że jest zakaz fotografowania :)

Sorry za nieskładność pisaniny ale padam na pysk :)